poniedziałek, 17 lutego 2014

1910s dress, part I: what and why



W poście z sierpnia wspominałam o szyciu edwardiańskiego gorsetu. Bielizna z tego okresu rzeczywiście się uszyła (prawie, brasserie nadal nie ma guzików. Za to po pół roku wreszcie podłożyłam ostatnio listwę u halki, ha! Za to muszę zwęzić ją w talii, stres zrobił swoje. Nienawidzę wykańczać rzeczy. Uwielbiam sam etap poszukiwań informacji, zbierania materiałów i właściwego tworzenia niż doprowadzania projektu do końca.) za to do uszycia faktycznego stroju brakło... Nie wiem. Czasu? Pomysłu? Chęci? Co prawda wykroiłam wersję próbną sukienki (która po spięciu w zeszłym tygodniu okazała się za duża), ale na tym się skończyło. Dopiero post o organizowanym przez dziewczyny z Krynoliny wyjściu do teatru zmotywował mnie do wyciągnięcia całości z szafy. Ja też chcę iść, a co! 

In my post in August I mentioned that I was sewing an Edwardian corset. I did indeed finished it along with the full underwear set from that period (almost, brasserie still doesn't have buttons. But I finally, after half a year, hemmed the petticoat, ha! I hate finishing stuff. I love doing the resarch, gathering the materials and assembling the pieces, but if the thing starts to "makes sense" i'm automaticaly losing the interest. I wish the details could just do themselfs or something.), but I never started sewing the dress. I drafted it roughly and prepred the mock up (when I pinned it together last week it turend out to be too big anyway) but that was it. It took this wonderful idea to interest me again and take it out of the closet. I want to go the theatre too!


Shameless (half headless) selfie. Underwear will get its own post... Someday. 
Hopefully with decent photos. And buttons.

Projekt, dość szalony, oparł się na prostym założeniu - większość projektu musi zostać skończona w tydzień. Przy powrotach do domu tylko na weekendy, czy raczej soboty (pozdrawiam osobę odpowiedzialną za nasz nowy plan i zajęcia w piątki do 20) w żaden sposób nie byłoby możliwe uszycie sukni do 15 marca. To narzuciło na wybór tego co założę pewne ograniczenia:
1) Oczywiście musiałam się ograniczyć do lat nastych XX wieku. 
2) Żadnych haftów. Ani koralików. Nie lubię półśrodków, a nie miałabym czasu na wyhaftowanie czegokolwiek dużego w tak ograniczonym czasie.
3) Nie dla szyfonu. Kto kiedyś go szył to wie dlaczego. 
4) Coś kolorowego. Bo tak.
Po przejrzeniu duuużej ilości zdjęć na pintereście wybór padł na suknię Lucille z 1912 roku ze zbiorów Victoria & Alberts Museum:

The project itself, a pretty crazy one, had to be based on a very simple thing - most of it had to be done in a week. Because i'm home basically only on Saturdays, I wouldn't be able to do the evening gown before the 15th. This put some limitations on choice of my inspiration:
1) Obviously, I had to choose a dress from teens era.
2) No embroidery of any kind. I don't like "almost" doing things and I definitely couldn't do it anyway in such a short period of time. 
3) No for chiffon. If you worked with it, you probably know why.
4) Something colorful. Because I said so.
After going through endless amount of photos on pinterest I finally chose the dress - the 1912 Lucille gown from Victoria & Alberts Museum:

So without chiffon. So colorful. I'm so consistent with my own choices, wow.
Well when it comes to teens era dresses without embroidery the choices are a bit limited.

Tu miały się pojawić moje rozważania na temat tkanin i technicznej strony projektu, ale  wyszło mi dłużej niż się spodziewałam (nie lubię mówić dużo, ale czasami jak zacznę to nie mogę skończyć. To właśnie to "czasami"). 

I intended to include in this post also the rumblings about the fabrics but it turned out to be longer than I expected (another thing about me - I don't like talking, but sometimes when I start I can't stop), so... To be continued.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...